Dwa dni z Gosią
Namówiłem!!! Po kilku latach usilnych starań, namówiłem swoją szanowną małżonkę,
aby zechciała mi towarzyszyć w weekendowej wyprawie na bagna. Wrzesień wyjątkowy tego roku.
Temperatura pod trzydzieści stopni i praktycznie zerowy wiatr. Późno już jednak i ptaków nie było
zbyt wiele, ale gwoździem programu miało być oczywiście wielkie rybowanie. Niestety,
ryby wyraźnie pokazały swoje, delikatnie mówiąc, "ogony" i właściwie wcale nie interesowały się
własnoręcznie wykonanymi woblerami. Tyle wysiłku, strugania, malowania, lakierowania i... nic!
Jedna smutna wzdręga. No, ale dzięki temu, więcej czasu mogłem poświęcić swojej połowicy,
mądrząc się na każdym kroku i opowiadając laikowi o pięknie przyrody biebrzańskiej. I to słońce...
Parzyło niemiłosiernie i nawet komary, które obecnie nadrabiają straty (w ciągu całych wakacji
naprawdę było ich wyjątkowo mało) nie zaćmiły radości związanej z wystawianiem ciałka na opaleniznę.
Pierwszy dzień to oczywiście "kuchenka", leżaczek, kocyk, grill, Martini i inne cywilizowane
atrakcje. Akceptowaliśmy nawet stado krów, które wraz z "przewodnią" klaczą wyraźnie
"najarało" się na karkówkę. A nad głowami szykujące się do odlotu orliki i czaple. Po prostu
piękna kanikuła. Gdzie są te cholerne ryby ? Ile można się smażyć na słońcu? Nawet na rafie
pod Jesionowem cisza. I tak do wieczora.
Rano nie wytrzymałem, idę na szczupaka.
Moja Turystka jeszcze śpi i pewnie jeszcze pośpi. Mam jakieś 3-4 godziny. Wyruszyłem na
Nowe Dolistowo. Nie złapałem naturalnie nic. Miałem jednak jedno poważne walnięcie i po chwili
luźna żyłka. Tradycyjnie zabrakło umiejętności. Szczupięcze bydle odpłynęło, a ja
zawiedziony (tak bardzo chciałem popisać się przed Gosią) wróciłem z kwaśną miną do Siemionów.
Ale to nie koniec.
Drugi dzień to przede wszystkim zaplanowana wycieczka z Kopytkowa,
żółtym szlakiem na "Wilczą Górę". Teraz to się dopiero pomądrzę. Droga rewelacja - suchutko
jak nigdy. Nad głowami znowu orliki, pojedynczy bielik i niestety ani jednego łosia.
Aby podkreślić niesłychane trudy potyczek z bagnem, oczywiście nie wzięliśmy nic do picia.
Myślę sobie, pięćset metrów i wracamy. Ale nie!!! Doszliśmy aż do wieży widokowej.
Niesłychanie twarda ta moja Gosia i to w taki upał. Bez wody!!! To oczywiście nie było zamierzone.
W tym ferworze dałem ciała i zwyczajnie o piciu zapomniałem. Frajerzyna ze mnie.
A ona rzecze: - Następnym razem trzeba wziąć coś do picia. To znaczy? Będzie następny raz???
Nie ma co ukrywać. Przy całych kilkuset tonach pozytywnych zalet, moja żoneczka ma jedną
nieakceptowaną wadę. Nie lubuje się w moich wypadach biebrzańskich, a ryby i owszem toleruje,
w postaci smażonej i to jedynie wtedy, jak je przyrządzam. Wracając jeszcze do wędrówki
Zapomniałem dodać, że towarzyszył nam jeszcze Wojtek z Edytą - przyjaciele z Ostrołęki.
Kurna Wojtek - jeszcze raz mi założysz na bagna czerwoną bluzeczkę, to cię zawrócę. No chyba,
że tym chciałeś zanęcić spragnionego sexu łosiowego byka. Ale to ryzykowna sprawa.
No, ale wracając. Otóż, przez trzydzieści (około) lat mojej bytności nad Biebrzą nie
widziałem nigdy na Górach żmii. A tu proszę. Na drodze pod górami spotkaliśmy
cztery zygzakowate miedzianki. Wszystko młode. Myślę, że świeżo opuściły matkę.
I powiem szczerze, że człowiek-przewodnik jednak bierze odpowiedzialność za współwędrowców
i od tego momentu dosyć bacznie rozglądałem się za ich czającą się w trawie mateczką,
albo może rozsierdzonym ojcem. Starych jednak nie spotkaliśmy. I całe szczęście.
Popisywać się wysysaniem jadu albo zakładaniem opasek? Nie!!! Zrobiłem kilka fotek maluchom
i to z bezpiecznej odległości. Gnojówy były wyjątkowo agresywne i o podejściu na kilka centymetrów,
aby zrobić makro, nie było mowy. Rzucały się zajadle na aparat. A takaż żmija
ponoć ma już tak samo przykry jad, jak jej rodzice. W każdym razie ze spotkania z gadami,
może gadzikami, jestem wyjątkowo zadowolony. Zawsze to nowe doświadczenie.
Cieszę się Gosiu, że byłaś ze mną. Kiedy jedziemy znowu?
P.S. Wojtek - mówiłem pryskaj się komarozolem. A myślałem, że nie są w stanie przegryźć się przez
"szerść" na twoich goleniach. Ludzie, nie widziałem jeszcze tak ściapanego człowieka!